WYWIAD: COACHING

Tomek Kowalik: Dzień dobry, czy tu prowokują?

Siadasz na kozetce, oczekujesz wsparcia, a tu? Nic z tego. Terapeuta hołubi twoją neurozę, żarliwie wspierając posępne wizje, lęki, niszczące prekonania. Przerywa ci, bezczelnie cię zawstydza i wyciera nos w twój mankiet. Jak to możliwe, że wychodzisz z gabinetu wyleczony? Rozmawiam z coachem Tomaszem Kowalikiem.


mierzejewska.eu

Co to za terapia, na której pacjent jest wykpiwany przez terapeutę?

Prowokatywna

 

Brzmi strasznie, wygląda – okrutnie. W fotelu siedzi zapłakana kobieta, czuje się głupia, nic nie warta. A w drugim – „lekarz jej duszy” nieźle sobie poczyna. Ubliża jej od blondynek, roztaczając wizję marnego losu. Wyciera jej łzy z policzka, po czym z dobrze udawanym obrzydzeniem czyści rękę o jej rajstopy. Można zrobić krzywdę…

Można zabrudzić rajstopy… a przy okazji pomóc. W tradycyjnych terapiach wychodzi się z założenia, że pacjent wrażliwy i łatwo go zranić. W podejściu prowokatywym jest jasne, że ludzie mają większą odporność, niż się nam wydaje. Terapeuta odgrywa tu rolę adwokata diabła, popierając negatywną połowę ambiwalencji klienta. Przewrotnie zgadzając się z jego mrocznym światem, „kusi” go, by nadal „grzeszył” autodestrukcyjnym nastawieniem i wzorcami zachowań. W zabawny sposób przytakuje jego negatywnym wizjom, rozbudowując je do groteskowych rozmiarów.

 

To przypomina pracę kabareciarza, a nie „pomagacza”.

W warstwie fabularnej tak to wygląda. Terapeuta może walczyć podczas sesji z pacjentem o miejsce dla swojego ego. Bezpardonowo mu przerywać, zabierać przestrzeń pod swoje żarty i dykteryjki na temat problemu, z którym klient przyszedł.

 

Klient w tym czasie musi się czuć fatalnie…

Obserwatorzy sesji samego Franka Farrelly’ego, twórcy terapii prowokatywnej, często pytali jego pacjentów „co czułeś kiedy on cię mieszał z błotem”? A oni na to: „Z błotem? Skąd! On doskonale mnie rozumiał!”. Farrelly stosował prowokację przez 50 lat. Był specjalistą od trudnych przypadków. Skutecznie leczył 90 proc. pacjentów.

 

Jak to możliwe?

To, co widzimy z zewnątrz, nie ma wiele wspólnego z tym, co czuje klient. Przecież terapeuta-prowokator mówi mu w twarz to, co on sam już dawno o sobie myślał. Wyolbrzymia jego własne, dobrze znane zmory i potwory. „Bystrością nie grzeszysz, kochany”, „Racja, z tej deprechy nie wyjdziesz. Wkrótce będzie ci trzeba zmieniać pieluchy. Takie z prześcieradła, bo masz duży tyłek”. Na pewnym poziomie pacjent czuje się z tym jak w domu za piecem. Bo nikt wcześniej nie odzwierciedlił tak głęboko jego problemu. Nikt nie pokazał mu w spektakularnym stylu, jak dobrze go rozumie.

 

To zbyt mało, by komuś pomóc…

Gdy terapeuta potwierdza twoje kiepskie położenie i je dowcipnie wyolbrzymi, widzisz „na zewnątrz” jak w krzywym zwierciadle przez szkło powiększające to wszystko, co masz „w środku”. Terapeuta zgadza się z tobą, idąc w kierunku absurdu. Przyśpiesza i nakręca się coraz bardziej. Ironizuje, opisując twój problem i jego konsekwencje. Bywa obrzydliwy, drwi z ciebie… w końcu krzyczysz: „Nie chcę tam iść!” I zaczyna się zmiana. Najważniejsze, doprowadzić cię do twojej własnej decyzji o niej.

 

Jak to się stało, że z informatyka stałeś się czołowym coachem prowokatywnym w Polsce? Mówi się, że jesteś kontynuatorem zmarłego w tym roku słynnego Franka Farrelly’ego. Na organizowane przez ciebie Warsztaty Mistrzów przyjeżdżał do Polski wiele razy. Jak to zrobiłeś?

Prowadziłem biznes i chciałem lepiej zarządzać podwładnymi. Z ludźmi pracowało mi się lepiej niż z komputerami. Czytałem książki o rozwoju osobistym, poznawałem metody, ukończyłem szkołę coachingu. Na jednym z kursów usłyszałem o Farrellym, który ponoć robił z terapii prawdziwy kabaret z pacjentem w roli głównej. Dotąd zdążyłem się nauczyć, by się dopasować, zgadzać, szukać tego, co jest dobrze, rozmawiać wprost, używać łagodnych określeń… Farrelly robił odwrotnie: nie zgadzał się, zachwycał tym, co jest źle, zbaczał na boczne tory, używał ostrego języka. Zafrapowało mnie to. Miałem do czynienia z czymś wywracającym dotychczasowe podejście do góry nogami.

 

Jak się spotkaliście?

Byłem w trakcie tworzenia cyklu warsztatów, na które zapraszałem kontrowersyjnych trenerów i terapeutów ze świata. Takich, którzy przywiozą coś nowatorskiego. I napisałem do Franka z propozycją 3-dniowego seminarium. Przyleciał w 2004 r. w listopadzie. Witałem go na lotnisku tak przejęty, jakby przyjeżdżał sam Freud. Musiało to być po mnie widać, bo Frank z miejsca nazwał mnie nieustraszonym przywódcą i tak mnie potem tytułował przy ludziach.

 

Wiedziałeś już wtedy, że będziesz prekursorem podejścia prowokatywnego w Polsce?

Nie miałem pojęcia. Ale szybko zakochałem się w tym podejściu i jego twórcy. Pamiętam, jechaliśmy vanem przez Warszawę z lotniska, kiedy Frank zażyczył sobie odwiedzić kościół. Wszedłem tam z nim, usiadłem w ławce i nagle usłyszałem rozlegający się na całą świątynię donośny tenor. To była Salve Regina po łacinie z amerykańskim akcentem. Zbladłem. Ale pieśń tak idealnie wpasowała się w atmosferę chwili, że nikt nie zwrócił na Franka uwagi. Wszyscy wierni modlili się dalej.

 

Potem przyjeżdżał przez osiem lat pod rząd… Podobno kto jednego roku usiadł na jego „gorącym krześle”, następnego wracał na warsztat odmieniony…

Zapraszałem na specjalny wieczór ludzi, którzy brali udział w 25 minutowej sesji z Frankiem rok wcześniej. Opowiadali o zmianach. Ich życie wyglądało inaczej. Inaczej się zachowywali, ubierali. Pamiętam sesję dziewczyny, która przyjechała na warsztat skulona, w rozciągniętym swetrze. Na „gorącym krześle” wyznała, że nie ma kontaktu z własną kobiecością. Frank zapytał odważnie, czy została zgwałcona. A ona kiwnęła głową. Który terapeuta po kwadransie spotkania dałby pacjentowi szansę przyznania się po raz pierwszy światu do takiej traumy? Rok później na jej nazwisko przyjechała na warsztat silna, pewna siebie kobieta w stylowym kostiumie, wyższa o pół metra. Ledwie ją rozpoznałem.

 

Trudno sobie wyobrazić kabaretową prowokację w tak delikatnych sprawach…

Czasem wokół nich tradycyjni psychoterapeuci krążą jak wokół jeża, myśląc, że trzeba ostrożnie. Ludzie korzystają z terapii latami, coraz bardziej dystansując się do problemu. Szczere uderzenie prosto z mostu jest skuteczniejsze. Jedno z założeń terapii prowokatywnej brzmi: „to co najbardziej osobiste, jest w istocie najbardziej uniwersalnym”. A jeszcze inne: „ludzie wybuchają śmiechem szybciej, niż może się wydawać”.

 

Mówiliśmy nie tylko o śmiechu. Też o zawstydzaniu, przerysowywaniu sytuacji klienta…

Twoja reakcja na pseudoatak terapeuty-prowokatora może być różna. Od rozbawienia do łez po dezorientację… Ale w każdym z tych przypadków czujesz się dobrze zrozumiany. Wiesz dlaczego klienci prowokatorów nie czują się obrzuceni błotem? Bo wiedzą, że terapeuta jest po ich stronie.

 

Skąd to wiedzą?

 Czują, że wlewa w nich całą miłość i wsparcie. A robi to pozawerbalnie. Życzliwość prowokatora to podstawa. Wygląda i zachowuje się jak ktoś, kto kocha klienta. Robi miny i spogląda na klienta jak ktoś, kto w niego wierzy. Ale to, co mówi, temu przeczy. Padają teksty ryzykowne, ostre, ironiczne. Jak pomiędzy dobrymi przyjaciółmi.

 

Po co?

Instrukcja obsługi osła jest taka, że aby szedł do przodu, nie należy go pchać. „Jestem do niczego”. Terapeuta tradycyjny na to: „A co gdybyś dostrzegł obszary w sobie, z których jesteś zadowolony?” Pacjent: „Nie ma takich. Nie powinienem się urodzić”. „Coś w sobie lubisz skoro tu przychodzisz”. „Nienawidzę siebie! Odbiorę sobie życie!” Jaki osioł jest każdy widzi. Ale jeśli go ciągnąć za ogon do tyłu, wtedy na przekór ruszy przed siebie. Zanurzasz klienta jeszcze głębiej w bagienko, w którym siedzi, nie przebierając w środkach. „Jesteś beznadziejny. Już twoja matka to wiedziała. Powinieneś jej słuchać. Myślę, że świat faktycznie odczuje ulgę po twojej śmierci. Przestanie słuchać narzekań”. Pacjent zmieszany przestaje pojmować, co się dzieje. Nie chodzi o to, by urwać osłu ogon. Ale tak go za niego wytarmosić, by miał powód się wkurzyć. I… wyskoczyć z utartych schematów myślenia.

 

Przekora to klucz do wszystkiego?

Są tacy, którzy się upierają, że się nie dadzą. Pamiętam opowieść Franka o jednym pacjencie. Przyszedł na terapię i oznajmił: „Na mnie terapia prowokatywna nie działa”. „O! To fantastycznie. Taki 100-procentowy powtarzalny sukces to coś, co budzi zawiść w moich kolegach” ucieszył się Frank. „Zostanie więc Pan moim przypadkiem porażki. Będę opowiadał jak to w pana przypadku moja terapia zakończyła się fiaskiem. Na wszystkich sympozjach opowiem o panu jako o inteligentnym, przystojnym biznesmenie, asie rynku finansów. Nikt nie pozna, że to pan”. A mężczyzna na to: „Wykluczone! Nie będę pana porażką!”

 

Sprowokowany pacjent, mówi „Nie!” A potem wraca do domu, zapewne też do starego sposobu myślenia…

Tzw. efekt Kafki mówi, że zmieszany klient stanie się twórczy w poszukiwaniu rozwiązań. Podda swe życie refleksji. Za terapią prowokatywną kryje się ciekawe zjawisko. Gdy pacjent doświadcza pobudzenia związanego z traumą lub blokadą z przeszłości, uruchamia się w jego mózgu proces przebudowy struktur układu nerwowego. Jeśli klient przeżywa ponownie coś bolesnego w jedyny znany sobie sposób, płacząc, taplając się w bólu i żalu, synteza białek w jego mózgu wzmocni u niego negatywną reakcję na to wspomnienie. Ale gdy terapeuta przywoła je i sprowokuje inne emocje pacjenta – śmiech czy zdziwienie – zadzieją się cuda. Aksony zmienią długość, komórki nerwowe – kształt. Zmienią się połączenia. Już nigdy nie zareagujemy na traumę tym samym bólem, nerwicą, depresją.

 

Prowokator musi więc mieć spore poczucie humoru…

Jego humor daje klientowi lekkość i łatwość wchodzenia w obszary, na których nie był. Te trudne, bolesne. Stawia klientowi wyzwanie, bo zaprasza go do kwestionowania tego, co do tej pory myślał. A to zaprawione dowcipem staje się strawne i wywołuje mniejszy opór. Prowokator musi mieć odwagę. Bo jego zadanie to pobudzić emocjonalne pacjenta. Nie lubię coachów, którzy są jak ciepłe kluchy. Jeśli mamy nie wystarczająco zmotywowanego klienta, który wierzy, że się nie nadaje, to jeśli się przy nas rozpłacze lub rzuci mięsem, wyśmienicie! Silne uczucia to klucz do zmiany. Nie każdy terapeuta jest w stanie je znieść. Niektórym puszczają nerwy. Ale dobry prowokator poda beksie chusteczki, a furiatkę będzie jeszcze ze śmiechem podjudzał.

 

Gdzie terapia prowokatywna zdaje najlepiej egzamin?

U tych, którzy utykają w problemie, blokadach. Jeden ze znanych coachów-prowokatorów Jaap Hollander twierdzi, że to „boczne drogi prowadzą do celu”. Dlaczego? „Bo na głównej klient ułożył zasieki”. Chcesz zbudować fajną relację, ale nie możesz sobie nikogo znaleźć, bo przecież każdy fajny facet już jest żonaty lub pije. Terapeuta nie zajmuje się głównym problemem i idzie ze swoim wywodem w bok. „To może spróbuj z dziewczyną. Nie żartuję, to jest pomysł. One mniej śmierdzą… Albo ze zwierzątkiem. Kto cię będzie tak świetnie ignorował jak kot? Żaden facet mu nie dorówna”. Zaczynasz się zastanawiać, czy z twoim terapeutą wszystko w porządku i do czego zmierza. Zawstydzasz się, wkurzasz, śmiejesz się z nim. W tym stanie łatwiej przełamać blokady. Znaleźć na nie własny pomysł.

 

Na jakiej zasadzie?

Klient ma swoje rozwiązania. Jeżeli dotąd z nich nie skorzystał, to dlatego, że uznał je za bezsensowne, niebezpieczne albo że „tak się nie robi”. A kiedy od prowokatora usłyszy serię wariackich pomysłów – jego własne już nie wyglądają na tak ryzykowne. Bariery, które zbudował sam albo które przejął od innych – pryskają.

 

Dlaczego zdecydowałeś się uprawiać coaching prowokatywny?

Daje szybki i trwały efekt. Ludzie chcą zmiany. Dzięki temu, że miałem okazję poznać bliżej Franka, przejąłem dużo z jego sposobu bycia. Czuję się dobrze wyposażony. Jestem jego uczniem, ale nie robię tego samego. Nie oferuję terapii, nie rozwiązuję problemów, ale prowadzę coaching, czyli pomagam osiągać cele. Frank nie umiał uczyć swojej metody. Napisał fantastyczną książkę „Terapia prowokatywna”, którą wydaliśmy nakładem Metamorfozy, ale nie potrafił przekazać, jak pracować prowokatywnie. Za to wspaniale to pokazywał. Leczył intuicyjnie. Był geniuszem. A ja staram się wyłonić z tego pewne struktury. Potem uczę ich na kursach dla coachów.

 

Czujesz misję?

Moją misją jest umożliwianie ludziom zmiany. A wiedzę i postawę, którą dostałem od Franka będę się starał z szacunkiem w jak najczystszej postaci przekazywać dalej.

 

Dziękuję za rozmowę.

Jest za co. Umęczyłaś mnie. Zawsze ci trzeba tłumaczyć wszystko jak blondynce?

 

mierzejewska.euTOMASZ KOWALIK – coach ICI i ICC, trener i promotor Coachingu Prowokatywnego. Prowadzi sesje coachingowe i szkoli coachów i terapeutów w metodzie prowokatywnej, której uczył się m.in. od twórcy – Franka Farrelly’ego (www.coach-prowokator.pl). Zaprasza także do Polski zagranicznych trenerów z nowatorskimi warsztatami. (www.warsztatymistrzow.pl)