ZDROWIE

Niesłusznie obwiniamy ciało za chorobę

Mówi się, że choroba to dar. Drzwi do świadomości tego, co mamy do zrobienia, by odzyskać poczucie bycia przyjemnie płynącą pełnią. Dolegliwości są znakami ciała, tęskniącego za utraconą żywotnością. Rozmawiam z psychoterapeutką Marzeną Barszcz.


 

mierzejewska.eu

 

Biada tym, którzy nie wybrali się jeszcze na urlop. Organizm zmęczony całym rokiem pracuje na resztkach mocy. Z napięcia między rozbudzaną letnim światłem chęcią przyspieszenia, a jego odmową przez ciało pozbawione rezerw, zrodził się stan przemęczenia. Czas, w którym co słabe, choruje…

…to, co zablokowane – boli, a co stłumione – woła o wysłuchanie. Twórca nurtu psychoterapii przez ciało – bioenergetyki – Alexander Lowen uważał, że psyche i fizis to dwie strony jednej monety. Nawracające objawy łączył ze stłumionymi w przeszłości emocjami, które zapisały się w ciele w postaci napięć. Ciało to w dużej części nieuświadomione archiwum naszego życia, gdzie skurczone mięśnie czy zablokowane stawy niczym kartoteki przechowują dawne zranienia, o których wolelibyśmy zapomnieć. I których kiedyś nie potrafiliśmy unieść. Można powiedzieć, że napięcia w ciele „trzymają” zranienia, chroniąc nas przed ponownym bólem. Paradoksalnie jednak właśnie to nie pozwala emocjonalnym ranom na wyleczenie. Powstają objawy, a później choroba. Traktując je jako źródło informacji, zyskujemy ważne ogniwo w kontakcie ze sobą. Łącznik między wypartymi w ciało uczuciami, a naszą świadomością, dzięki której mogłyby być wyrażone. Niestety zwykle obwiniamy ciało za chorobę, nie dostrzegając związku przyczynowo skutkowego między nią a naszym zachowaniem.

 

Jak wsłuchać się w ciało?

 Zaczęłabym od uznania, że ciało to Ja. Ono nie występuje przeciwko mnie, ale w mojej sprawie. Rozpowszechnił się dualizm fizyczności i ducha: „Oto ja, Marzena, mam się znakomicie, jestem bystra, zdolna, wrażliwa. Ale moje ciało już nie za bardzo”. Często pielęgnujemy agresywne rozdzielenie między ja duchowo-rozumowym a ciałem, które staje się powodem wszelkich dyskomfortów. I co najgorsze – nijak nie daje się skontrolować ani podporządkować.

 

Żyjemy w kulturze przekonującej, że z ciałem można zrobić wszystko. Jak chore – wyleczyć. Brzydkie? Zoperować.

Na takim przekonaniu opiera się medycyna estetyczna, moda, dietetyka. Przy okazji ciało stawiane jest w kontrze do nas i obwiniane. Szykanowane w takim sensie, że trudno nam uznać, że to ja podupadam na zdrowiu, a nie, że kolano chore. We współczesnej narcystycznej kulturze musisz być doskonały, tryskać energią. Koszt tej maski zagnieździ się w ciele. Jeśli czujemy się słabo w środku i wkładamy siłę w to, by świetnie się prezentować, choroba murowana.

 

Jak traktować swoje przypadłości, by powstrzymać chorobę i nie rozsypać się do reszty?

Zgodzić się na to, że jesteśmy chorzy i… właśnie się rozsypać. Zapytać siebie „kiedy ostatnio leżałem trzy dni w domu?” W chorobie na ogół się zbieramy. A to stan wyjątkowy, który wymaga raczej rozbierania… Nikt już nie bierze zwolnień, aplikujemy Tabcin do ust, do nosa Afrin i idziemy do pracy chorzy. Tymczasem pozwolić objawom wybrzmieć, oznacza uszanować siebie. I nie chodzi tu tylko o przeziębienie. Jeśli uda nam się mieć życzliwy stosunek do siebie w chorobie, to też czule się sobą wtedy zaopiekujemy. Jakość tej opieki jest miarą tego, jakiego opiekuna mamy w sobie uwewnętrznionego.

 

Jeśli udajemy, że nie chorujemy, atakujemy się, obwiniamy za problemy z tarczycą czy trawieniem, jesteśmy dla siebie surowi…?

Prawdopodobnie tak opiekowano się nami w dzieciństwie, gdy byliśmy słabi. Zmiana takiej postawy względem siebie chorującego wymaga czasu. To dobry punkt wyjścia do rozpoczęcia psychoterapii, której siła oddziaływania oparta jest o budowanie więzi z terapeutą. Dobre doświadczenie terapeutyczne może znacząco wpływać na przeżywanie siebie i możliwość samo kojenia. Potem możemy tę więź przekładać na relacje z innymi, wybierając też takie osoby, które zostaną przy nas w słabości. To, jacy jesteśmy dla siebie w sytuacjach trudnych pokazuje, co się zmienia i czy się zmienia. Chorując możemy zaobserwować, czy więź z naszym wewnętrznym rodzicem jest silniejsza niż dawniej? Jakie uczucia żywimy do siebie w chorobie? Wracając do zdrowia, możemy kształcić w sobie umiejętność bycia dla siebie łagodnym, zdolność do proszenia o pomoc.

 

Mówi się, że choroba zatrzymuje nas, kiedy nie potrafimy zrobić tego sami.

Nigdy nie słyszałam od pacjentów, żeby zachorowali w dobrym czasie. Nawet jeśli w wakacje, to też niedobrze, no bo wakacje. Choroba miewa przewrotną naturę. Daje objawy, gdy nadużywamy sił, ślepniemy na samych siebie. Powierzchownie mamy zgodę na chorowanie, ale gdy trzeba położyć się do łóżka, rzadko kto nie jest rozżalony.

 

Według GUS zdrowie w okresie przedwiośnia i wczesnej jesieni szwankuje najbardziej. Statystycznie najczęściej cierpimy z powodu dolegliwości serca. Dlaczego jest tak słabym ogniwem?

Bo jest złamane. Osłabione ranami, które często nie są zagojone. Reakcje ciała są mądre. Powstałe napięcia mają ochronić to, co boli. Tak powstaje zbroja mięśniowa. Złamane serce chowamy między ramionami pod zapadniętym mostkiem. Sygnalizujemy w ten sposób światu „więcej mnie nie zranisz”, „nie dotkniesz już mojego serca”. Możemy też nadmiernie obudować klatkę piersiową mięśniami i wysunąć mostek niczym tarczę, tworząc nieprzepuszczalny pancerz.

 

Od czego zależy to, czy się skulimy czy wypchniemy tors?

Od tego, w jaki sposób nauczyliśmy się radzić sobie ze zranieniem w przeszłości i jak reagowało na nas otoczenie. Można powiedzieć, że są to dwa skrajne ustawienia. Albo butnie zaprzeczamy, że coś nas dotknęło, przerysowując wypięcie piersi albo przeciwnie – trzymamy je lękliwie w ukryciu. Wszystko zależy czy zadana kiedyś rana bardziej nas upokorzyła czy przeraziła i w jakim okresie została zadana.

 

Więcej niż połowa Polaków umiera z powodu chorób serca. W jaki sposób romantyzm się temu przysłużył?

W mediach i kulturze wzmacniany jest kult miłości romantycznej, pełnej poświęceń i bólu. Dobrze jest dla niej cierpieć, bo zyskuje na prawdziwości. Nasza narodowa historia i religia stworzyły tradycję bardzo mocnego trzymania się tragicznej miłości jako wartości. Takie kochanie przeżywamy jako szlachetne. Bycie nieszczęśliwie zakochanym jest lepiej widziane. Taki człowiek może liczyć na przychylność otoczenia, oczekuje współczucia i je dostaje. To, że żyje w permanentnym stresie, schodzi na trzeci plan.

 

Wiosną szpilki nie można wetknąć do gabinetów fizjoterapii. Dlaczego mamy tak wątłe kręgosłupy?

Och, jest pewnie wiele powodów. Żyjemy w czasach, które wymagają bezwzględnie mocnych kręgosłupów. Na całe godziny przyjmujemy bardzo niefizjologiczne pozycje. A przy tym nie mamy wystarczających możliwości, by odreagować, puścić napięcia. To musi rodzić objawy. Zanim zajęłam się bioenergetyką jako terapeutka manualna pracowałam przez wiele lat z ludźmi, cierpiącymi z powodu bólu kręgosłupa. Myślę, że ma on w sobie taką jakość, która karze człowiekowi bezwzględnie się zatrzymać. A właściwie zatrzymuje go. Ból lędźwiowy czy szyjny przestrasza. Pobudza do refleksji. Nawet ci, nie szukający szczególnych połączeń między objawem w ciele a samopoczuciem czy zachowaniem, podejmują jakieś kroki, by nie spotkać się więcej z takim bólem. I oby to nie była przewlekle stosowana farmakologia.

 

Rozumiem, że bóle krzyżowe nie muszą być skutkiem dźwigania ciężkich zakupów?  

Nie muszą. Odcinek lędźwiowo-krzyżowy to ważna okolica. Kość krzyżowa tworzy tylną ścianę miednicy, a to na niej właśnie opiera się tułów. Z tego miejsca wyrastają nogi. To nasze centrum, niezależnie, czy myślimy anatomicznie, energetycznie czy mechanicznie. Jest to obszar wyjątkowo narażony na przeciążenia zarówno psychiczne, jak i fizyczne, od dźwigania zaczynając. To obszar nacechowany winą i karą. Reagujący na utratę poczucia bezpieczeństwa. Związany z biciem i nadużyciami. Z wydalaniem i seksem. Wszystko to dotyczy tego jednego obszaru w ciele. Myśląc o nim, trzeba mieć na uwadze tutejsze sąsiedztwo różnych tkanek i ich wzajemne oddziaływanie w powstawaniu objawu. „Krzyż” może nas więc boleć z wielorakich powodów. I należy je szeroko rozpatrywać. Pamiętajmy przy tym, że przeciążenie psychiczne i fizyczne to dla organizmu to samo. Czy obwiniamy się o złe relacje z matką, czy zrobiliśmy przeprowadzkę, dla organizmu to jedno przeciążenie i zareagujemy na nie najpierw właśnie narządem ruchu. Mięśniami, więzadłami, ich skróceniem, napięciem, zablokowaniem.

 

Jak to możliwe, że reakcja jest taka sama?

Jeśli się z kimś pokłócisz, uruchomisz odruch obronny i coś napniesz. Przeciążenie emocjonalne znacznie szybciej wpływa na reakcje mięśniową niż przeciążenie fizyczne. A tak rzadko szukamy powodów bólu właśnie tam – w psychice. Pod jej wpływem zwykle przeciążamy te rejony ciała, które zostały nacechowane w dzieciństwie tzw. miejsca o chronicznym napięciu. Są to obszary o obniżonej odporności na przeciążenie. Tam rodzi się objaw, który może być uruchomiony zarówno napięciem psychicznym, jak i fizycznym.

 

W jaki sposób miejsca te zostały nacechowane?

Jeśli w twoim domu rodzinnym nie było miejsca na złość, nauczyłeś się powstrzymywać ją, napinając zęby i staw skroniowo-żuchwowy. Kiedy potem w dorosłym życiu szef cię niesłusznie zruga, napniesz właśnie zęby. I kiedy będziesz przepychać ciężary na siłowni, również napniesz zęby. Szlak jest ten sam.

 

Czy ten opis nie pachnie migreną?

Raczej napięciowymi bólami głowy. Napięcie z żuchwy przejdzie na skronie, powstanie obręcz, której zacisk spowoduje ból. Może być tak, że zaczniemy myśleć „O Boże! Na pewno rośnie mi w głowie nowotwór”. Ale nic nie wyjdzie w badaniach i zostaniemy z objawem, który nie pozwala żyć, bo rozsadza czaszkę. Jeśli będziemy go czytać medycznie, pozostaną nam środki uśmierzające ból. Ale kiedy zastanowimy się w jakich sytuacjach się pojawia, możemy znaleźć zależność między nim a psychicznym samopoczuciem. Wtedy można już coś z tym zrobić. Czasem wystarczy zamknąć się w aucie i krzyknąć „No nie wytrzymam! Wściekła jestem! Mam dooość!”. Albo się rozszlochać.

 

Można sobie pokrzyczeć, chyba że witamy jesień z chorym gardłem. Katar, przeziębienie, zapalenie krtani, strun głosowych. Wszystko w porządku, jeśli ktoś co kilka lat uodparnia się na wirusy. Ale co jeśli przeziębia się 4 razy w roku?

Wydaje się, że u takiej osoby mamy właśnie do czynienia z obszarem o chronicznym napięciu. Nie zajmowałabym się samą chorobą, ale sprawdziłabym, co się dzieje w tzw. międzyczasie. Czy pacjent nie odczuwa przypadkiem kluchy w gardle? Czy traci głos niespodziewanie? Czy może krzyknąć? Badałabym, czy pacjent wierzy, że ma prawo wyrażać lub czego nie może wyrazić. Osłabienie gardła ma dodatkowe znaczenie u nas w Polsce. Bo raczej jesteśmy cisi niż głośni. Nasza ekspresja i wolność były ograniczane wiekami. Zaciskamy mięśnie wokół strun głosowych, żeby milczeć. Pamiętam jak do Warszawy przyjechał John Yong. Przez lata asystował Lowenowi. Po godzinie ćwiczeń warsztatowych z grupą spytał: „Marzena, co tu się dzieje?! Czemu wy jesteście tacy cisi?” Jeszcze nie do końca rozumiałam, o co mu chodzi. Też byłam cicha (śmiech). Kiedy zaczęłam szkolić się w Stanach, poznałam ekspresję przedstawicieli innych narodów i zrozumiałam, że dla nas coś więcej, co nie jest łzami, a co jest szlochem, to już za dużo. Coś, co nie jest normalnym głosem, ale krzykiem, jest zagrażające. Coś więcej, co nie jest uśmiechem, tylko głośnym rechotem z brzucha, skupia podejrzliwe spojrzenia. Mało jest w nas przyzwolenia na pełne, żywe bycie w różnej skali.

 

Trudno uwierzyć, że Polacy to cichy naród…

A jednak. W większości wychowuje się nas na grzeczne dziewczynki i dobrych chłopców, którzy skrupulatnie wypełniają obowiązki, głośno się nie śmieją, ani nie awanturują, chyba że po wódce. To, co mamy wniesione w charakter narodowy to skromność w ekspresji. Historia zrobiła swoje. W końcu byliśmy tłumieni z przerwami przez 120 lat. Potem krótka pauza i kolejne tłumienie. Od generacji doświadczamy traum, które zatrzymują, wycofują, sprawiają, że zamieramy i koncentrujemy się na przetrwaniu. A jeśli mamy przetrwać, to mało tam miejsca na radość, zabawę, ekspresję, zdrowie.

Jeszcze nie tak dawno temu żyliśmy w czasach, w których nie można było się wyróżniać. Baliśmy się zawiści innych, złorzeczenia. Po dziś dzień lubimy marudzić, bo przez wiele lat to była bezpieczniejsza i bardziej dopuszczalna forma ekspresji, niż np. chwalenie się.

 

Oprócz indywidualnej psychoanalizy bioenergetycznej od dwóch i pół roku organizujesz grupowe warsztaty lowenowskie, które zyskały niezwykłą popularność. Słyną z hałasu, kopania, tupania, krzyku…

Słyną też z przyjemności, lekkości i radości. Ludzka natura jest tak skonstruowana, że potrzebujemy wyrażać. Jak wyrażamy, to czujemy przyjemność. Energia płynie przez ciało i utrzymuje je w zdrowiu. Dostaliśmy głos, oczy, szloch właśnie po to. Z różnych powodów jednak powstrzymujemy ekspresję, a zarazem chorujemy coraz więcej i poważniej. Na warsztatach zapraszam więc do wyrażania. Jeśli nie możesz swobodnie użyć swojego głosu, to coś tam trzymasz. Nie zachęcam do wyrażania wszystkiego na raz. Nawet jeśli spośród wszystkich swoich niemożności uwolnisz 10 procent, nazwiesz swoje uczucia, wyrazisz je wtedy, gdy tego potrzebujesz, to zyskasz pełniejszy kontakt ze sobą. Będziesz wiedzieć, że jeśli ktoś naruszy twoje granice, zareagujesz. I nie będzie to ubrane we wstyd ani upokorzenie. Twoje poczucie bezpieczeństwa w sobie wzrośnie. Odzyskasz witalność. Ekspresji potrzebujemy do doznawania siebie. Do poszerzania obecności własnej osoby w ciele. Po to, żeby się tam rozgościć i odzyskać poczucie bycia sobą.

 

Przez twoje warsztaty przewinęło się ponad tysiąc osób. A we wrześniu rusza kolejna już edycja 4-letniego szkolenia dla psychoterapeutów lowenowskich. Jak w tak krótkim czasie udało ci się stworzyć w Polsce kulturę bioenergetyczną?

Wszystko co proponuję, doświadczyłam na sobie. Miałam szczęście uczyć się od współpracowników Lowena. Od Anny Miller, Franka Hladkiego, Lena Carlino, Johna Yonga, Leslie Case. Każde z nich jest w moim doświadczeniu i wzbogaca mnie. I z takim zasobem rozpoczęłam tworzenie pierwszej grupy ćwiczeniowej. Miałam na koncie nie tylko przeczytane książki, ale też bezpośrednie doświadczenie własnej żywotności. A żywotność to źródło wszelkiego dobra, podstawa zdrowia. Psychofizyczna bateria, do której zawsze można się odnieść. Chciałam to cudowne doznanie podać dalej. Nie stworzyłam kultury bioenergetycznej. Polska na nią czekała. Pierwszy mejl z zaproszeniem na warsztat lowenowski trafił do 40 osób, z czego 16 przyszło na ćwiczenia. Na kolejnych były już 22 osoby. Potem musiałam wprowadzić limity. Informacje ludzie przekazywali sobie z ust do ust.

 

Skąd taka popularność tych ćwiczeń?

Wydaje mi się, że jako naród nauczeni jesteśmy w cichości ducha znosić cierpienie, wytrzymywać je, nie cieszyć się za bardzo, nie złościć w ogóle. Płacz jest dla nas oznaką słabości. Uczucia czymś, co należy kontrolować, co jest niewłaściwe. A na tych zajęciach uczucia są zapraszane, nie do opowiadania, ale do poczucia i przeżycia. Można usłyszeć swój głos. Co więcej – można krzyknąć. W bezpiecznych warunkach ludzie mogą poczuć swoja złość i ją wyrazić. Pozwolić sobie na płacz ze szlochem. Poczuć nogi, ich siłę i stanąć na nich świadomie, a w końcu doznać żywotności. To doświadczenie zawsze bardzo głęboko porusza, bo dotykamy rdzenia nas samych, czujemy swoją wartość i niepowtarzalność. Każdemu życzę takiego kontaktu. Mogłam się mylić co do skuteczności bioenergetyki w Polsce, ale kiedy dziesiątki uczestników, zamieniły się w setki, a setki w pierwszy tysiąc… nie miałam już wątpliwości.

 

Marzena Barszcz – psychoterapeutka bioenergetyczna, fizjoterapeutka, twórczyni cyklu warsztatów Psychoterapia przez Ciało. Przeszczepiła metodę Lowena na grunt polski w najpełniejszej jak dotąd postaci. Rozpropagowała praktykę ćwiczeń bioenergetycznych, a cztery lata temu uruchomiła 4-letni program kształcenia psychoterapeutów, prowadzony przez uczniów Alexandra Lowena z Florida Society for Bioenergetic Analysis.

 

Wywiad opublikowałam w miesięczniku „Zwierciadło”.