WYWIAD: RELACJE

Im więcej przyjaciół, tym mniej policjantów

O tym, z czego wynika kryzys bliskich relacji idlaczego związki przyjacielskie są mniej ważne niż wieki temu, w rozmowie ze mną analizuje dr Adrian Kuźniar z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego.


 

mierzejewska.eu

Czy istnieją dziś prawdziwe przyjaźnie?

Istnieją, ale ich znaczenie i popularność coraz bardziej słabną. To, w jaki sposób obecnie podchodzimy do przyjaźni – relatywnie lekko, niezobowiązująco i tymczasowo – różni się radykalnie od tego, jak traktowaliśmy ją np. 300 lat temu.

Dlaczego?

Przede wszystkim dawniej los jednostki zależał przede wszystkim od grona jej znajomych, a w mniejszym stopniu od instytucji i gwarancji prawnych. W minionych wiekach nie mogliśmy pozwolić sobie na taką niezależność, jak dzisiaj, gdy aparat państwowy chroni nasze podstawowe prawa i wolności. W przeszłości w większym stopniu musieliśmy polegać na sile naszych przyjaciół.

Na przykład?

Gdy padnie pani ofiarą przestępstwa, to policja będzie ścigać sprawcę. Może iść pani do sądu, dochodzić sprawiedliwości. To, jakich mamy przyjaciół, nie jest bez znaczenia, jednak nie da się porównać z tym, jak istotne było to w przeszłości, gdy instytucje były słabsze. Musieliśmy polegać na naszych relacjach personalnych, bo tylko dzięki nim byliśmy w stanie bronić własnych interesów. Nawet jeśli formalnie istniały prawa, nasz los zależał od tego, kogo znaliśmy, z kim byliśmy w dobrych relacjach, a z kim w złych. W XVIII wieku na przykład we Francji można było znaleźć się w więzieniu pod bardzo błahym pretekstem, nawet jeśli uważano nas za kogoś znaczącego. Nieprzychylność innych szybko pozbawiała „czci, mienia i wolności”. We współczesnych demokracjach takie rzeczy zdarzają się rzadko i raczej są uważane za skandale.

Dbaliśmy o przyjaźnie, ale nie bezinteresownie?

Mieliśmy zdecydowanie większą motywację do pielęgnowania relacji towarzyskich i pogłębiania ich. Dziś poziom naszej zależności od dobrej woli innych radykalnie spadł. Nasz los stał się uzależniony od stopnia osobistej zaradności, a bezpieczeństwo od sprawności państwa i siły prawa. Jako jednostki dysponujemy nieporównywalnie większym potencjałem i czujemy się bezpieczniej. Mamy możliwości zatroszczenia się o siebie. To inny świat. Tak więc emancypacja jednostki to pierwszy powód tego, że relacje przyjaźni radykalnie straciły na znaczeniu.

Coś jeszcze miało na to wpływ?

Od lat żyjemy w czasach pokoju i dobrobytu, a przecież najsilniejsze więzy tworzą się w sytuacjach największego zagrożenia, gdy ludzie muszą wzajemnie na sobie polegać, by przetrwać. Nie ma silniejszych związków przyjaźni niż te, które mogą połączyć żołnierzy walczących przez dłuższy czas w jednym oddziale czy koleżanki działające w opozycji. Ekstremalny dyskomfort, w którym trzeba wspólnie stawić czoła zagrożeniu sprawia, że ludzie pozostają ze sobą blisko przez całe życie. Braterstwo broni to jeden z archetypów przyjaźni, którego przykładem była w przeszłości przyjaźń rycerska.

Braterstwo broni albo nawet …krwi

Tak. W wielu kulturach, np. skandynawskiej, dla przypieczętowania głębokiej przyjaźni urządzano rytuały, które podkreślały jej siłę i znaczenie, wykorzystując do tego symbolikę pokrewieństwa. Na przykład przyjaciele nacinali sobie żyły, a krople krwi spływały na ziemię i mieszały się ze sobą. Miały symbolizować pochodzenie z jednego łona.

Słynny psychiatra amerykański Wayne W. Dyer twierdził, że przyjaciele to forma przeprosin Boga za nasze rodziny.

Twierdził żartobliwie. Prawda jest taka, że przyjaźnie były z reguły mniej cenione i słabsze od relacji rodzinnych. I nie jest to wynalazkiem współczesności. Nawet jeśli niektórzy filozofowie, jak np. myśliciel renesansowy Michel de Montaigne, pisali inaczej i wynosili przyjaźń ponad inne związki, to działo się to wyłącznie w teorii i nie miało odzwierciedlenia w życiu społecznym.

Cyfryzacja osłabiła siłę naszych przyjaźni?

Raczej wszechobecna mobilność. Często zmieniamy pracę, krąg znajomych. Ci, z którymi mieliśmy bliskie relacje, przenoszą się do innego kraju lub miasta. A przyjaźń wymaga stałości i czasu, obecności drugiego człowieka. Jeśli przez całe życie mieszkamy w tych samych okolicach, mamy większą szansę na autentyczną przyjaźń. Mobilność bardzo przysłużyła się naszemu samorozwojowi, ale nie więziom, bo te na odległość słabną.

Rokuje pan renesans związkom przyjaźni?

Nieprędko. Istnieje tendencja w kierunku jeszcze większego ich osłabienia. Więzy spłycają się i rozpraszają. Większy nacisk kładziemy na liczbę, zróżnicowanie i odpowiedni status znajomych, bo naszą główną potrzebą jest bogata i sprawna sieć użytecznych kontaktów, a nie autentyczna przyjaźń z wybranymi osobami. To wymagałoby czasu, którego nie mamy i pracy, której nie chcemy wkładać. Kultura dryfuje w kierunku zasady minimalnego wysiłku i aktywności, którymi możemy się cieszyć, nie poświęcając im szczególnych nakładów. Przyjaźń wymaga zaangażowania. A to moneta, którą w kulturze Zachodu jesteśmy coraz mniej skłonni za cokolwiek płacić.

Ale brak przyjaźni wpędza nas w poczucie izolacji.

Bo psychologiczna potrzeba przyjaźni tkwi w nas głęboko, ale z racji współczesnego modelu budowania relacji jest coraz rzadziej realizowana. Bywa raczej tłumiona i staje się źródłem frustracji. Nagle łapiemy się na tym, że mamy wielu znajomych, ale nikogo, z kim łączą nas głębokie, mające długą historię relacje współodczuwania, wzajemnego zaufania, wierności, odpowiedzialności, życzliwości i bezinteresowności.

Może potrzebna jest edukacja, która przywróciłaby przyjaźni wartość?

Na skalę masową coraz rzadziej będziemy się silnie i głęboko ze sobą wiązać. Edukacja nie byłaby oczywiście przeszkodą. Pozostaje jednak pytanie, na ile skuteczna by się okazała. Pewien potencjał zmiany widziałbym w „wychowaniu do przyjaźni”, polegającym na popularyzowaniu wśród dzieci pozytywnych, literackich wzorców wartościowych relacji. Choćby takich, jakie znajdujemy w „Winnetou” Karola Maya. Ale edukacja ukształtowanych osobowości – to trudne, choć jest wśród nas mniejszość, która nad przyjaźniami aktywnie pracuje, dostrzegając w nich prawdziwą wartość.

Podobno naród, który umie się przyjaźnić, oszczędza sporo pieniędzy?

Przyjaźń to idealny rodzaj więzi społecznej. Jeśli potrafimy głęboko się wiązać, to nie ma tylu konfliktów, bo samodzielnie regulujemy naszą relację i z własnej inicjatywy dążymy do obopólnej zgody. Między przyjaciółmi nie potrzeba więc sędziego ani policjanta.

Gra warta świeczki…

Tym bardziej, że przyjaźnie pełnią między nami rolę społecznego smaru. Ludzie pozytywnie odnoszą się do osób, których łączy przyjaźń. Są też przychylni dla przyjaciół swoich przyjaciół, nawet, gdy ich bliżej nie znają. To buduje kapitał społeczny. Życie wśród ludzi, o których wiemy, że potrafią być życzliwi dla innych, staje się przyjemniejsze i rodzi poczucie bezpieczeństwa. W takich okolicznościach mniej jest kontroli i podejrzliwości. Więcej zaufania i wolności.

Wywiad opublikowałam w miesięczniku „Zwierciadło”