RELACJE

Jak utrzymać bliskie przyjaźnie?

Pokrewne dusze znajdą do siebie drogę. To prawda. Druga brzmi mniej optymistycznie, bo tylko ci, którym ufasz mogą cię zranić. Trzecia pozbawia złudzeń, bowiem najszybciej to właśnie przyjaciel przyczyni się do twojego upadku, skaże cię na samotność. Ale czwarta prawda… napawa nadzieją.


Wyrzuty, pretensje, szkalowanie w sieci, na koniec list do zwierzchnika, po którym Adę zwolniono ze stanowiska konsultanta w urzędzie pracy. Kłopotami zakończyła się jej blisko 7-letnia przyjaźń z Gosią, zabawną i gadatliwą badaczką wschodnich kultur. Poznały się na pokazie filmów arabskich. Małgosia powiedziała dowcip, po którym śmiały się do łez. Rozumiały świat podobnie, inaczej żyły. Uzupełniały się i wzajemnie podziwiały w sobie to, co było mocną stroną każdej. Ada stabilna mężatka, zmęczona monotonią pracy. Postrzelona Gosia, pochłonięta pasją naukową, sypiąca anegdotami z rękawa. Była dla Ady odskocznią od szarości. Przeżywająca zawody miłosne z kolei mogła liczyć na jej wsparcie. Wiedziała o Adzie wszystko. O konflikcie z szefem na wiecznym rauszu, marzeniu o własnej poradni. Po pięciu latach Gosia wyjechała na stypendium do Belgii.

Pewnego dnia, po powrocie do domu Ada znalazła na Skypie wiadomość: „Mam raka. I tylko Ciebie. Małgorzata”. Zaczęło się szukanie pomocy, doktorów, szamanów: – W ciągu 18 miesięcy byłam u Gosi osiem razy. Stałam się opiekunką, kasą zapomogowo-pożyczkową, matką i ojcem. Następnie wybawcą, wróżką i księdzem. Operacja zwróciła Gosi siły, emocjonalnie nie mogła do siebie dojść – mówi Ada. – Zatraciły się granice. Jej apetyt na wsparcie eskalował tak, że stał się nie do przejścia. Nie było próśb, a roszczenia. Bo prawdziwy przyjaciel „musi”, „ma obowiązek…”. Powiedziałam: „Mam swoje życie. Będę cię wspierać, ale nie pięć razy dziennie. Nie przyjadę w tym roku więcej. Wykorzystałam urlop. Masz się lepiej, więc usłysz własne myśli. Zostań z nimi choć na chwilę sama”.

Wściekłość na „odrzucenie chorej i samotnej w najgorszej chwili”. Taka była reakcja Gosi. Ada starała się tłumaczyć. Na próżno. Na portalu ZnanyLekarz.pl znalazła wpis, że jest niekompetentnym doradcą i psychologiem. Że krzywdzi ludzi. Po adresie IP ustaliła autora. Miesiąc później na dywaniku z ust przełożonego usłyszała to, co mówiła o nim przyjaciółce. Wraz z określeniami, jakich w emocjach użyła. „Frajer” i „moczymorda” nie przedłużył jej więc umowy. Ada zablokowała kontakty z Gosią.

Wyjątkowo bolesny finał? Przeciwnie. Historia jakich tysiące. W ankiecie przeprowadzonej na portalu Onet na pytanie „Czy zdarzyło się wam kiedykolwiek, by największy przyjaciel stał się waszym największym wrogiem?” aż 61 procent odpowiedzi okazała się twierdząca. To prawie dwie trzecie korzystającej z Internetu populacji. Reszta? Ma takie doświadczenie przed sobą lub jest siebie na tyle świadoma, by wiedzieć, jak zarządzić kryzysem nim wróg sięgnie po nóż. Bo z racji natury głębokiej zażyłości przynajmniej raz w życiu bratnia dusza staje się naszym antagonistą, rywalem, adwersarzem, balastem, zaborcą czy napastnikiem.

 

Cudownie z bratnią duszą

Potrzeba przyjaciół jest naturalnym pragnieniem na każdym etapie życia. Ich brak zaś bywa tak niebezpieczny dla zdrowia, jak palenie i złe odżywianie. Osoby utrzymujące relacje społeczne mają o połowę więcej szans na przeżycie niż samotnicy lub ci, którzy ograniczają kontakty do małżeńskich. Czym to tłumaczyć? Z badań amerykańskiej terapeutki dr Samanthy Linenburg wynika, że przyjaciel daje więcej sygnałów akceptujących i wspierających niż kolega z pracy czy współmałżonek. Zaobserwowała też, że hojniejsze są panie, bo gdy rozmawiają z mężem, mogą liczyć, że pokiwa on głową raz na 5 minut. A przyjaciółka zrobi to średnio co 43 sekundy. Zwroty „rozumiem” albo „tak, oczywiście” padną z ust męża co 7 minut. Ona wypowie je w rozmowie co półtorej minuty. Czyżby więź z bratnią duszą była głębsza niż więzy krwi?

Mówi się, że „przyjaźnie to rodzina z wyboru”. Bo nie zawieramy ich z przypadkowymi osobami, które staną na drodze. Bliskich kolegów… właśnie wybieramy. Otaczamy się ludźmi do nas podobnymi. Na początku idealizujemy ich, uważamy za niepowtarzalnych. Ale oczarowanie na pierwszych spotkaniach, wspólnota doświadczeń czy zainteresowań, jaka nas wtedy cieszy, to sprawa drugorzędna.

Jak uważa Anna Lissewska z gabinetu psychoterapii psychoanalitycznej w Olecku, pracująca również online, głównym motorem do poszukiwania przyjaciół są deficyty z dzieciństwa i wynikające z nich sposoby radzenia sobie w dorosłym życiu. Bo szukamy osób, które zaspokoją nasze emocjonalne głody np. potrzebę opieki czy akceptacji. Zawierając przyjaźń, pokładamy w niej więc konkretne, nieświadome oczekiwania:

– Problem w tym, że wybrana osoba czuje ten sam głód, tylko inaczej próbuje go zaspokoić np. dając innym to, czego sama potrzebuje. Stąd częste układy ratownik i ofiara, zaradna i niezaradna, odpowiedzialna i niefrasobliwa. Nietrudno się domyślić, że głodny w roli karmiciela długo nie wytrzyma, więc konflikt to kwestia czasu – mówi. – Pokrewna dusza jest do nas podobna zwłaszcza w tych negatywnych aspektach, których nie jesteśmy w stanie w sobie zaakceptować, a nawet ich tam dostrzec. Przyjaciel służy więc do tego, by męczyć się z nim, a nie ze sobą. A gdy już mamy dość, nadzieja, że pozbędziemy się trudnego kawałka siebie, wyrzucając go z życia razem z kimś bliskim, popycha nas do zerwania znajomości.

O ile łatwiej zastanawiać się nad niezaradnością koleżanki niż mierzyć się z tym deficytem w sobie. Nasze poczucie wszechmocy ucierpiałoby przecież. O ile wygodniej nie zajmować się własną agresją, tylko mieć za kumpla furiata. Będzie złościł się „za nas”, byśmy mogli w tym czasie odgrywać przed własną osobą ostoję spokoju. O ile prościej spędzać czas z kimś odrobinę chciwym, niż dostrzec, że sami większość dnia skupiamy się na pieniądzach. Musielibyśmy przyznać się do nikczemnej natury, a my wolimy myśleć o sobie, że jesteśmy szlachetnymi altruistami.

– Przyciągamy konkretne osoby. Jeśli ktoś nie dysponuje „właściwym zapleczem”, to między nami nie kliknie – kwituje Anna Lissewska.

 

Wciąż Dr Jekyll czy już Mr Hyde

„W jednej chwili zmieniła oblicze o 180 stopni. Ze skupionej, rzeczowej osoby, zrobił się rozkojarzony potwór”. „Zostawiła mnie samą! Sadystka!”, „Nie zniżyłabym się do podrywania faceta koleżanki. Mam chęć oblać kwasem jej piękną buzię”. Przez chwile, w których przyjaciel staje się wrogiem, przebija zaskoczenie. Ale też rozczarowanie i złość. Czasem potrzeba okrutnej zemsty albo… odcięcia się od obiektu niechęci. Gdy przychodzi moment niespełnienia oczekiwań przez osobę bliską, pojawia się opór i agresja. Czasem próba manipulowania jej poczuciem winy.

Jak mówi poznańska psycholog i psychoterapeutka Monika Osakiewicz, zapłonem takiej sytuacji bywa kropla przelewająca czarę. Np. zbyt przesadne roszczenie strony, która uważa, że druga nie sprostała „obowiązkom prawdziwego przyjaciela”:

– Do konfliktu prowadzić też może zwlekanie z postawieniem komuś granic. Dajemy sobie wejść na głowę, nie chcąc urazić bratniej duszy. Ale poczucie wykorzystania i złość kumulują się. Stajemy się bombą zegarową z opóźnionym zapłonem – wyjaśnia. – Czasem do waśni dochodzi po latach świetnych stosunków. Bo nie aktualizujemy własnych map. Brak nam uważności na kogoś z kim „znamy się przecież jak łyse konie”. I pewnego dnia zdziwieni orientujemy się, że to ktoś całkiem inny, niż ta cudowna osoba sprzed lat. Zmiana budzi sprzeciw. Znacznie łatwiej wtedy zobaczyć kogoś w negatywnym świetle, źle go ocenić, przypisać mu „całe zło”.

– Podświadomość nie zna słówka „nie”. Gdybyśmy przyjrzeli się z bliska sytuacji pomstowania na wroga, dostrzeglibyśmy, że mówiąc „nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła”, „nie zniżyłabym się do…”, „nie rozumiem, jak można być tak…”, odżegnujemy się od własnych, niechcianych przywar czy pobudek. Po to, by toczyć z nimi walkę. Ale nie w sobie, tylko w kimś – tłumaczy Anna Lissewska. – Takie radzenie sobie z niechcianymi aspektami nas samych jest lżejsze. Nie wymaga gorzkiej konfrontacji z prawdą o sobie. Im bardziej zależy nam na tym, by jej nie zobaczyć, tym bardziej „wpychamy” ją komuś i nie potrafimy go znieść. Pojawia się wrogość, eskaluje konflikt, wybucha wojna.

Najczęściej zrywamy wtedy z kontakt z ex-towarzyszem. Mamy nadzieję, że wraz z nim odejdzie z naszego życia słabość, złośliwość, interesowność, okrucieństwo, brak wyczucia itd. Całe zło, przez które nie moglibyśmy spać, gdybyśmy je u siebie zobaczyli. Ale czy to skuteczna strategia? Nie bardzo. Bo po śmiertelnym wrogu nie ma śladu. A nasze Ja… wciąż paskudne.

 

Czwarta prawda: Dzięki wrogom zdrowiejemy

Jak wynika z badań TNS, Polacy wolą więzi towarzyskie z osobami tej samej płci. Co więcej, zapytani o trzech najlepszych przyjaciół, w 58 proc. wskazują same kobiety, a tylko w 3 proc. samych mężczyzn. Czy łamie to stereotyp o silniejszej męskiej przyjaźni i płytszych relacjach między kobietami? Według prof. Janusza Czapińskiego tak. Ale w badaniu najciekawsze to, że co czwarty Polak w ogóle nie ma przyjaciela.

Wzajemna niechęć wrogów eskaluje i padają słowa, po których trudno odbudować więź. Zapiekły konflikt z czasem blednie, a my… nie potrafimy wyciągnąć do siebie ręki. Przyjaciel maluje się w naszej pamięci jako życiowa pomyłka, największy zawód. Nie potrafimy wybaczyć. To przepis na samotność. Trudno nam zbudować kolejną relację w obawie przed powtórką z rozrywki. Co jest rozwiązaniem? Obłaskawić wroga, odzyskać przyjaciela. Bo konflikt służy czemuś dobremu. Rozwojowi naszej wspaniałości, wewnętrznemu zdrowieniu, pogłębianiu związków.

Od wroga możemy wziąć więcej niż od przyjaciela. Pod warunkiem, że umiemy przyjąć do siebie „zło”, które mu przypisaliśmy. Zobaczyć je w sobie. A gdyby to było proste, nie mielibyśmy wojen – mówi Anna Lissewska. – Po pierwsze, nasz przyjaciel-wróg musi być na tyle dla nas ważny, byśmy chcieli o niego walczyć. Zebrać w sobie moc pokory, odpuścić, zadzwonić i powiedzieć: „wiesz? poniosło mnie, wybacz mi, przepraszam”. Po drugie, musimy wszystkiemu, co w nim nienawidzimy, przyjrzeć się jako swojemu. Ego schować do kieszeni i przełknąć gorzką pigułkę wiedzy na swój temat. Wróg rozpoznany w sobie chroni przyjaźń przed konfliktem, bo przestajemy nieświadomie popychać bratnią duszę do odegrania roli nieprzyjaciela.

– Niska samoocena nie pomoże przejść z otwartym sercem przez urazę – mówi Monika Osakiewicz. – Zdarza nam się myśleć, że hołubienie niechęci, to zadawanie bólu wrogowi. Ale pielęgnując negatywne emocje do innych, osłabiamy własne siły. Wieloletnia zadra czyni spustoszenia w naszej zdolności do szczęścia i w układzie odpornościowym.

Gdy przyjaciela-wroga przestajemy traktować źle, nie prowokujemy go, nie ma na co reagować. Uspokaja się, konflikt słabnie. Nasze serdeczne słowa, rozbrajają jego napięcie. Tworzy się przestrzeń do zgody. Ale czy nasz ex-przyjaciel skorzysta ze sposobności i poda nam rękę?

Zażegnanie konfliktu wymaga skruchy dwóch stron. Obopólnego przyznania się do błędu. Rozprawienia się z własną niedoskonałością. Jednak nad pokrewną duszą nie mamy kontroli. Jak pisał amerykański autor bestsellerów dla młodzieży David Levithan: „Masz wpływ na wybór swoich przyjaciół. Masz wpływ na kształt swojego nosa. Ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół”.  Jeśli zdecydują się odejść, życz im szczęścia.

 

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Zwierciadło”