WYWIAD: INTERNET

prof. Mikołaj Piskorski: Sieć cię zmienia!

Portale Facebook, Twitter czy LinkedIn to szkodliwa kakofonia różnych głosów i brak rzeczywistego dialogu – grzmią sceptycy. Ale badania uparcie wskazują na coś odwrotnego. Dzięki sieciom jesteśmy mniej samotni, krócej bezrobotni, szczęśliwsi i lepiej poinformowani. O tym, że logujemy się tam jednak z całkiem innych powodów z socjologiem i ekonomistą prof. Mikołajem Janem Piskorskim z Harvard Business School.


 

Spędzamy w Internecie średnio 4 godziny dziennie, z czego na platformach społecznościowych godzinę i 3 sekundy. Częściej przez telefon niż komputer. W dodatku pięć lat temu ogłosił pan, że liczba użytkowników tych portali przekroczyła liczbę adresów mailowych na świecie. Co nas skłania do wchodzenia na Facebooka, Instagram czy Pinterest?

Dodałbym jeszcze, że w 2013 roku w Europie i Stanach Zjednoczonych doszło do niesamowitej rzeczy. Średni użytkownik zaczął spędzać więcej czasu w Internecie niż przed telewizorem. Portale społecznościowe były dużą częścią tego przyrostu. To wielkie wydarzenie. Trend ten nie odwróci się, bo przygoda z telewizją jest zbyt liniowa.

 

A jaka jest przygoda z portalami?

Pierwsza odpowiedź, jaka przychodzi na myśl to, że Facebook pozwala na większą efektywność. Bez Facebook’a musiałbm zadzwonić do wszystkich znajomych, żeby się dowiedzieć co się u nich dzieje. Podobnie gdybym chciał poinformować, co u mnie, skomunikowałym się z każdym z nich oddzielnie. Tymczasem na Facebooku wszystkie te informacje przemieszczają się szybciej. Wystarczy że raz napiszę coś na ścianie. To oczywisty i najistotniejszy powód zaglądania tu. Jak się okazuje… pozorny.

 

Czyżby w „siedzeniu na fejsie” chodziło o coś innego?

Jeśli popatrzymy na badania, to sieci społecznościowe cieszą się popularnością, bo umożliwiają to, co w codziennym życiu zablokowane przez normy społeczne. A na portalach możemy je łatwo i bezkarnie omijać. To kuszące. Facebook odsłania więcej niż rąbek tajemnicy na to, czego nie moglibyśmy dowiedzieć się o ludziach w inny sposób. Bo nie wypadłoby zapytać. Albo może stopień naszej zażyłości nie byłby tak głęboki, byśmy wymieniali między sobą tak prywatne informacje. Tymczasem na Facebooku niewinnie ujawniamy fakty o swoim życiu, o których może dowiedzieć się bliski znajomy, a i ledwie poznany. W prawdziwym życiu nie wypada zbyt dużo pokazywać, chwalić się. Ale gdybyśmy zaprzyjaźnili się w serwisie, mógłbym obejrzeć wszystkie zdjęcia, które pani udostępniła znajomym. Co więcej. Nigdy nie dowiedziałaby się pani, że je obejrzałem. Zdobyłbym informacje, które w poza Internetem chronione są przez twarde niepisane normy.

 

Polski psychiatra Antoni Kępiński pisał, że normy społeczne zachowań są zbyt silne, by na­wet naj­większy filozof mógł się z nich wyłamać. A okazuje, że bez trudu przychodzi to dziś dwóm trzecim Polaków?

 Tak. Nie tylko Facebook odniósł sukces, dając możliwość obejścia norm. Każdy portal, który pozwoli wejść w interakcje, które w realu nie wydarzyłyby się, będzie miał powodzenie. Jak choćby LinkedIn. Najwięcej pieniędzy zarabia pozwalając rekruterom odszukać pracowników. Ale takich, na których nie sposób natknąć się nigdzie indziej. Na zatrudnionych. W innych miejscach nie ogłaszają się. Nie dlatego, że nie chcą. Nie wypada im. Działa zasada, że jak pracuję dla ciebie, to nie powiem ci: „Wiesz? Cudownie się u ciebie zarabia, ale pozwól, że sprawdzę, czy mam szansę na fajniejszą robotę”. Prawda? LinkedIn pozwala obejść tę normę. Mogę umieścić tu wykształcenie i ścieżkę kariery. Pochwalę się osiągnięciami i nie poczuję, że zrobiłem coś niestosowanego. Gdy ktoś zapyta, czy szukam nowego pracodawcy na LinkedIn, mogę odpowiedzieć, że nie. Że mam tam przyjaciół, z którymi utrzymuje kontakty i robię drobne, prywatne interesy. Portal daje mi bezpieczny kamuflaż.

 

Czy kamuflaż jest w stanie zmienić życie na lepsze?

 Tak. Z moich badań wynika, że prędkość dostawania pracy po wejściu LinkedIn czy polski GoldenLine rośnie. Warto budować tu profile, by szybciej otrzymać tę właściwą propozycję. Ludzie, którzy aktywnie pracują nad swoimi stronami, są częściej zatrudniani. Szczególnie menadżerowie. Dokładnie ci, którzy normalnie mieliby największy problem ze znalezieniem nowej firmy. Rynek pracy dzięki sieciom staje się efektywniejszy, a my – szczęśliwsi.

 

To dlatego zajął się pan ich badaniem? Przed powrotem do Europy rok temu, był pan jednym z pierwszych polskich profesorów Harvarda i największym specjalistą od internetowych platform społecznościowych na świecie. Jak pan to zrobił?

Wyjechałem w 1990 r., żeby uczyć się w Wielkiej Brytanii, a później do Stanów Zjednoczonych, gdzie obroniłem doktorat z socjologii o sieciach społecznościowych. Ale nie tych cyfrowych, tylko tradycyjnych międzyludzkich, badanych przez socjologów od 120 lat. Zastanawiałem się dlaczego ludzie przyjaźnią się ze sobą. Jak sieci przyjaciół w życiu wyglądają. Gdy pracowałem na Uniwersytecie Stanforda, poznałem wykluwającą się firmę LinkedIn. Do mojego biura przyszło dwóch kiepsko ubranych facetów rozmawiać o tworzeniu sieci w Internecie. Oczywiście nikt wtedy nie wierzył w ich powodzenie, ale dla mnie to było ciekawe spotkanie. Nie istniały koncepcje, dlaczego ludzie mogliby logować się do takich serwisów. Zaiy Internetu.

 

Podobno Polacy są „heavy userami” serwisów, bo aż dwie trzecie ma konto na Facebooku. Jesteśmy na 24. miejscu pod względem liczby jego użytkowników. Będziemy jeszcze aktywniejsi?

Być może, ale największe zmiany przewiduję w Azji. Chiny, mimo że już teraz są największym użytkownikiem Internetu z 600 mln zalogowanych, to jeszcze bardziej zwiększą ich liczbę. Znajdujące się na drugim miejscu Stany zaś w ciągu roku zostaną zdeklasowane przez Indie. W rankingu Facebooka podskoczy Indonezja.

 

A co powie pan na temat kontroli użytkowników w sieciach społecznościowych? Tylko Chiny zabezpieczyły się przed Facebookiem?

Najsilniejsza niezgoda na kontrolę portali da się zauważyć w ciągu najbliższych lat, które upłyną pod znakiem tworzenia się równoległych Internetów. Będą odpowiedzią na ten jedyny i wszechogarniający komputer, którego niektórzy się obawiają. Sieci będą oficjalne i mniej oficjalne. Rewolucyjne i kontrrewolucyjne.

 

Rozumiem, że sformułowanie Internety, przestanie być błędem gramatycznym?

Nie jest nim. Własny oddzielny Internet mają Chiny, a zaczyna tworzyć podobno też Rosja. Jak tak dalej pójdzie, możemy mieć rozdzielenie sieci, nie zawsze ze sobą kompatybilne. Poczujemy się w nich bezpieczniej. Najbliższe lata to jeden z ciekawszych rozdziałów w ich rozwoju. Nie bójmy się ich. Będą służyć człowiekowi, odpowiadając na jego potrzeby. Nie obawiajmy się ich sztuczności. W sieci można udawać wszystko, z wyjątkiem tego, co się naprawdę liczy. Jak w życiu. Na koniec ciekawostka. Na Facebooku oglądane są w przygniatającej większości profile kobiet. A decydują o tym trzy grupy. Największa, czyli mężczyźni oglądający kobiety, których nie znają. Druga co do wielkości – mężczyźni, oglądający kobiety, które znają. Oraz trzecia – kobiety, oglądające kobiety, które znają. Czego to dowód? Kobiety są atrakcyjniejsze. Największymi podglądaczami są mężczyźni. A świat wirtualny nie jest wirtualny. To ten sam świat.

Psychiatra Antoni Kępiński pisał, że normy społeczne zachowań są zbyt silne, by nawet naj­większy filozof mógł się z nich wyłamać. A okazuje, że bez trudu przychodzi to dziś dwóm trzecim Polaków.

mierzejewska.euProf. Mikołaj Jan Piskorski – uważany za największego specjalistę na świecie w badaniach sieci społecznościowych. Po wielu latach pracy na Harvard Business School przeniósł się rok temu do IMD Business School w Lozannie w Szwajcarii. Kilka lat temu ogłoszono pana jednym z 40 czołowych profesorów zarządzania przed czterdziestką.

 

Wywiad opublikowałam w miesięczniku „Zwierciadło”