ZDROWIE

Polak na prochach

Maria Peszek miała niegdyś szansę zostać ambasadorką 4 mln Polaków cierpiących z powodu depresji. Nie została. Strach przed niezrozumieniem problemu, który sprawia, że miliony chorujących na smutek, wstydzą się do tego przyznać, okazał się silniejszy.


 

mierzejewska.euMaria Peszek została obśmiana, a jej cierpienia sprowadzone do fanaberii. Dlatego dziś od tematu ucieka.  – Wszystko, co Mania miała do powiedzenia, już powiedziała. Nie będzie nic dodawała. Nigdy nie miała depresji. W żadnym wywiadzie nie użyła nawet tego słowa – powiedział nam tylko jej menadżer. Piosenkarka Kasia Klich mówi, że też ma już dość. – Cztery lata temu, kiedy przechodziłam depresję, prowadziłam bloga o swojej chorobie. O tym jak widzę świat, co myślę. Skończyłam z tym, bo przyniósł mi więcej szkody niż pożytku. Od gwiazd wymaga się postawy „smile or die”. Czytałam posty, w których pisano o mnie: „Głupia”, „beztalencie”, „wszyscy mają cię już w dupie, więc sobie udajesz choróbkę” – opowiada.

Depresja wciąż jest tematem wstydliwym. Gwiazdy, które kiedyś przyznały się do niej wierząc, że oddemonizują, zdejmą z niej odium, dziś nie chcą już rozmawiać. Od tematu uciekają Danuta Stenka, Kazika i przedstawiciele Kayah. Zwykli Polacy też. A przecież problem dotyczy już blisko czterech milionów z nas. Codziennie łykamy co najmniej milion antydepresantów, czyli o 20 proc. więcej niż przed pierwszą falą kryzysu.

 

Tabletka na strach

– Bez proszków nie żyję. Trzymają moje życie w kupie, żebym do reszty się nie rozsypał – powtarza niczym refren 44-letni Wacek, kiedyś fotoreporter wojenny, dziś specjalista bhp. –  Antydepresanty łyka od 15 lat. Trzy razy chciał przerwać, ale wracało poczucie znużenia i czarne fantazje zapożyczone od Kosińskiego, żeby „wejść do wanny w plastykowej torebce na głowie i strzelić sobie w łeb”. Zawalał robotę, a żona pakowała już walizki. Bo przy „smętnym wariacie” brakowało jej poczucia bezpieczeństwa. Wacek trzyma się więc leków, niczym Boga. W szafce ma 15 opakowań od 4 różnych lekarzy na wypadek, gdyby wycofali je z aptek albo gdyby wybuchła wojna.

 

Monika Zielska jest jubilerką. Wygrała konkurs złotniczy za zawieszkę w kształcie srebrnego listka z tabletkami: – Można nosić na piersi zamknięte w wisiorku prawdziwe antydepresanty. Mieści się siedem. Na cały tydzień –  tłumaczy. Na pytanie skąd inspiracja, mówi że to odpowiedź na ludzkie potrzeby. Prawie każda jej znajoma z korporacji łyka leki na nastrój, które rozsypują się w torebce. Ona sama brała przez 5 lat.

Warszawskie City. Wysokie piętro drapacza chmur, widok na panoramę miasta. Ekskluzywna poczekalnia, dyskretne oświetlenie. Do psychiatrów czekają 30-, 40-latki. W powietrzu zapach dobrych perfum. 33-letnia Natalia, sprzedawca, jest tu co tydzień. Jej firma mieści się w tym samym budynku. Wpada do doktora w przerwie na lunch: – Szef się nie domyśla – mówi Natalia, poprawiając włosy. Na przegubie markowy zegarek. Korporacyjny mundurek i podkrążone oczy. – Gdy mi powtarza, że za wolno buduję swoją potęgę, czuję się jak śmieć. Mój psychiatra wie, że po lekach przestaje się przejmować i działam szybciej. Przychodzę, bo tutaj czuję się rozumiana.

W ostatnich 10 latach w samej Warszawie powstało kilkadziesiąt prywatnych poradni, gdzie przyjmują psychiatrzy. Ekskluzywnych klinik w centrum, gdzie siedziby mają największe korporacje, jest kilkanaście. Zatrudniają nawet po 30 specjalistów. Cena za półgodzinną wizytę to 120-200 zł. Do psychiatry można wpaść w każdej chwili, nie opuszczając budynku biura. A za ok. 300 zł lekarz pofatyguje się do naszego gabinetu. Na leki wydamy od 35 do 280 zł miesięcznie w zależności od rodzaju antydepresanta – poprawiacza nastroju, który osiąga zawrotną popularność. – W ubiegłym roku zjedliśmy 14 mln 879 tys. opakowań leków przeciwdepresyjnych. To dokładnie o 20% więcej niż 8 lat temu – mówi Zbigniew Jasiński z firmy konsultingowej IMS Health. Ta liczba stale rośnie. Z kolei angielscy uczeni z University of Warwick wykazali, że jesteśmy największym konsumentem następców Prozacu (tzw. inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny) po Portugalczykach i Francuzach.

 

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), depresja jest na czwartym miejscu wśród najpoważniejszych problemów zdrowotnych świata, a za 8 lat – czyli w zastraszającym tempie – wysunie się na miejsce drugie. Jednak psychiatra prof. Marek Jarema jest ostrożny w stwierdzaniu, czy mamy w Polsce epidemię. Jego zdaniem zażywamy więcej leków przeciwdepresyjnych, bo są dostępne. Nie tylko psychiatra może je dziś przepisać. Firmy farmaceutyczne kładą nacisk na ich promocję wśród lekarzy pierwszego kontaktu.  Istotnie. Według IMS Health w ub. r. 39 proc. środków przeciwdepresyjnych przepisali nie psychiatrzy, ale interniści i neurolodzy. Poza tym leki te wbrew nazwie stosowane są nie tylko w depresji.  – Świetnie sprawdzają się u pacjentów przeżywających lęk. Zawrotną karierę antydepresanty zawdzięczają właśnie tej grupie. Bo osób w tym stanie zgłasza się coraz więcej – tłumaczy psychiatra dr Agnieszka Popielarczyk z Centrum Pomocy Profesjonalnej w Babka Tower w Warszawie. – Środkami przeciwdepresyjnymi z powodzeniem leczy się też przedwczesny wytrysk i niektóre zaburzenia odżywiania- dodaje.

Tadeusz Materski z Wrocławia, analityk finansowy, nigdy nie miał problemu receptą. Bierze antydepresanty od 7 lat non stop. Za 20-minut z internistą płaci 150 zł, więc jak sobie zażyczy, dostaje tyle i tak często, jak chce. Miał za to kłopot z doborem preparatu. Po pierwszym stres puścił i humor był lepszy, ale nie mógł zaspokoić narzeczonej. Odeszła. Potem brał pigułki od których tył. Męczył się z sadłem, nie miał powodzenia u kobiet, ale przynajmniej mógł siedzieć po 13 godzin w słupkach bez atakującej go ochoty na drzemkę. Nie wytrzymał. Kolejne powodowały wysypkę na skórze. Wydawał się sobie nieatrakcyjny. W tym czasie rzuciła go kolejna narzeczona. Ostatnio sięgnął po nowy preparat i trafił idealnie. Powtarza, że żony wciąż nie ma, ale jest bezpieczny do emerytury. Bo z roboty go nie wyrzucą.

 

Wylęgarnie przeciążonych      

Z badań Eurostatu wynika, że Polacy są najbardziej zapracowanym narodem Europy. Konkurencja, wydłużony czas pracy. Nic dziwnego, że jesteśmy dynamicznie rozwijającym się rynkiem. Ale nie ma nic za darmo. 38-letnia Magda Rożniatowska przez depresję zawaliła życie zawodowe. Ale, jak przyznaje, być może było odwrotnie. Przez nieludzkie warunki w korporacjach straciła radość życia. Być może gdyby miała czas na życie prywatne, dziś inaczej wyglądałby jej świat. Zanim trafiła do działu marketingu polskiego wydawnictwa chodziła do psychiatry po leki i pracować nad kryzysem małżeńskim. Chciała spędzać z mężem więcej czasu, żeby podreperować związek. – Ale szefowa naciskała, by zostać po godzinach – mówi.

 

Rok później Magda straciła męża w wypadku: – Pamiętam, kiedy przyszłam do pracy po pogrzebie, szefowa przyniosła mi torebkę zielonej herbaty z Kuchni Świata. Miły gest – opowiada. – Ale za chwilę się zaczęło. Liczyły się wyniki pracy i to, żeby wszyscy chodzili jak w zegarku. Wyniki miałam niezłe, za to szefostwo czepiało się, że przychodzę nieumalowana, w dżinsach i T-shircie. Przez cały dzień pracowałam przy kompie i nikt mnie nie oglądał. Byłam smutna, nie miałam siły się stroić. Szefowa powtarzała: „Tu są zasady. A jak się nie podoba, można sobie iść”.

 

Zdaniem dr Artura Krężela, w dużych firmach ludzie dopasowują się jak klucz do zamka. Poziom stresu bywa wysoki. Gdy pojawia się ktoś podatny na mobbing od razu znajduje się mobbingujący: – Ludzie coraz częściej nie mają własnego zdania stojąc przed przełożonymi, bo boją się je mieć – wyjaśnia.­ – Nie badają swoich granic, pozwalają innym je przekraczać. Wiele korporacji ogarnia „zbiorowy lęk” przed utratą posady. – Prawa ekonomiczne są tak ustawione, że człowiek nie ma wyjścia. Musi być wydajny w pracy albo ją traci. Wciąga się w grę „ile jeszcze dam radę”. To go nakręca. Nie daje sobie odpocząć, a jak coś mu nie idzie, natychmiast musi coś z tym zrobić. Jest ogromna rzesza pracowników, dla których osiągnięcia są warunkiem dobrego nastroju i sposobem doświadczenia siebie, jako kogoś wartościowego. Ale w końcu przychodzi wyczerpanie, wszystko traci sens. – mówi psycholog i psychoterapeutka Maja Filipiak z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju SWPS.

 

Pigułki są trendy

– Preparaty są coraz nowocześniejsze i mają mniej skutków ubocznych. Nie w tym problem, żeby ograniczać ich dostępność. Chodzi o to, by pacjent i lekarz wiedzieli, jak nie przesadzić – uważa prof. Marek Jarema. – Są wypadki? Nie przestaniemy przecież rejestrować aut.

Trzeba raczej uczyć ludzi jak je użytkować, tolerować innych, np. ograniczać chamstwo na drogach. Tak jest z lekami przeciwdepresyjnymi. Trzeba uczyć jak i kiedy je przyjmować – mówi prof. Jarema. Zdaniem psycholog dr Magdaleny Nowickiej ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, łykamy ich więcej niż kiedyś, bo oddemonizowaliśmy depresję. Już nie trzeba być „wariatem”, bać się „żółtych papierów”. Sięganie po „pigułkę szczęścia” w niektórych środowiskach jest nawet trendy. – Wreszcie się nie wstydzimy. Ludzie dziś krócej cierpią i nie zwlekają z sięganiem po pomoc. Wychodzą z depresją na światło dzienne – potwierdza psychiatra dr Artur Krężel z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Akcje w mediach zwiększyły świadomość. Ale jest i druga strona medalu. Czasem lekarze potrafią przepisać lek bez pełnej diagnozy czy wskazań albo zalecać pacjentowi farmakoterapię permanentną, choć nie jest potrzebna. Rynek zdrowia psychicznego nie jest objęty nadzorem. Nie mamy izb psychologicznych, za to wolną amerykankę. I oprócz placówek świetnych, zdarzają się słabe.

– Nie ma w Polsce epidemii depresji, ale pandemia nie radzenia sobie ze stresem. A lek podnoszący nastrój to najłatwiejszy sposób ­­– mówi dr Magdalena Nowicka. – Nie wymaga refleksji, zmiany stylu życia. Łykasz pigułkę i już. Z psychiatrią zaczyna być tak, jak z chirurgią estetyczną. Przychodzi pacjent i mówi „jestem zestresowany, proszę poprawić mi nastrój”. I choć czasem wystarczyłoby, żeby się wyspał, to wyciąga 200 zł i dostaje, co chce. Nie bierze pod uwagę, że tak, jak po 20 latach operacji plastycznych może rozpaść się twarz, to po ćwierćwieczu łykania „pigułki szczęścia” – więzi i osobowość.

Producenci zapewniają, że „pigułki szczęścia” nie uzależniają: – To prawda. Nikt jednak pod uwagę nie bierze uzależnienia psychicznego. Leki znoszą objawy depresji, ale nie zabezpieczają przed nawrotem – mówi dr Krężel. – Wielu pacjentów boi się i przedłuża łykanie leku. Nie każdy ma odwagę iść na psychoterapię. Zniechęca jej czasochłonność, konieczność skonfrontowania się z samym sobą. Nie zawsze jest konieczna. Ale w większości przypadków to właśnie ona przynosi trwałą zmianę.

                                                                                                                 

 

Artykuł opublikowałam w tygodniku „Wprost”