PARENTING

Zanim zjawisko ciąży przejdzie do historii

Uwiedzione wizerunkiem szczęśliwych 40-letnich mam tracimy czujność. Odraczamy ciążę, a postęp medycyny nas koi. Bo można „podkręcić się” hormonalnie lub poddać się in vitro. Zdrowiej jemy, wyglądamy młodziej. Pewnie jesteśmy też bardziej płodne? – Niestety, nie. 

„Jest dla mnie pani już tylko macicą. W jajnikach ma tak mało jajeczek i tak kiepskiej jakości, że nawet jeśli cudem zajdzie pani w ciążę, to nie donosi jej lub dziecko urodzi się z wadą” usłyszała w wieku 38 lat w klinice leczenia niepłodności Anna, PR menadżerka, finalistka konkursu Miss Polonia sprzed lat:

– Zesztywniałam. Do tamtej chwili byłam pewna, że in vitro z sukcesem to norma do pięćdziesiątki, a co dopiero przed czterdziestką. „Proponuję adopcję komórki jajowej młodej kobiety” – cytuje lekarkę 42-letnia dziś Ania. – „Jeśli za drogo, niech pani kupi gotowy zarodek” dodała. Siedziałam z otwartą szeroko buzią i myślałam: „Macicą jestem? Nie mogę mieć dzieci? A Sarah Jessica Parker z „Seksu wielkim mieście”? A Monica Bellucci, rodząca w wieku 45 lat? Zastępy starszych ode mnie mogą, a ja nie?

Partner 41-letniej Agnieszki, trenerki, ma słabe nasienie, ale zależało mu na naturalnym poczęciu:

– Nie spieszyliśmy się. Podróżowaliśmy, angażowaliśmy się w różne zadania – opowiada. – Wszyscy mówili: „Spokojnie. Świat się zmienił. Macie czas”. Przez kilka lat właściwie nie zabezpieczaliśmy się, ale ciąży nie było. Przestałam wierzyć w jego plemniki – opowiada. – W końcu zgłosiliśmy się do in vitro. Osiągająca dotąd wszystko, co zaplanuję, pewna byłam, że szybka procedura da ciążę od razu. Niestety. Po stymulacji hormonalnej wyprodukowałam zamiast spodziewanych dziesięciu… jedno jajeczko. Umieszczono w nim plemnik, ale nie doszło do zapłodnienia. Powtórzyliśmy próbę raz jeszcze. „Za późno” zakomunikował lekarz z kliniki. „Co z tego, że czuje się pani biologicznie młoda. Rezerwa na wyczerpaniu. Zostały tylko niepełnowartościowe komórki jajowe”.

– Szok – wspomina Agnieszka. – Bo wokół mówi się przecież coś całkiem innego. Że lekarz może dziś wszystko. Kolorowa prasa opisuje „Mocne strony i uroki dojrzałego macierzyństwa”, a na ulicach spotyka się naprawdę sporo 40-letnich mam. Poczułam się…

 

…oszukana przez los

Coraz później decydujemy się na dzieci. Jeszcze w latach 70. średnia wieku, w którym wydawałyśmy potomstwo na świat wynosiła 21 lat. Ciężarne po czterdziestce nierzadko uważano za patologię i przyglądano się im ze współczuciem. Dziś przeciętna rodząca w Polsce jest w 30. roku życia, a spora część spośród nas decyduje się na macierzyństwo właśnie po czterdziestce. Jaki z tego wniosek? Po upływie mniej więcej półtora pokolenia, przeciętna pora rodzenia dzieci przesunęła się nieomalże o dekadę. Na tle Unii Europejskiej nie wyróżniamy się. Najpóźniej rodzi się w Danii, Hiszpanii, Irlandii, Holandii, Szwecji i we Włoszech, bo średnio w wieku 32 lat. Stosunkowo najmłodsze matki spotkać możemy na Litwie, Łotwie i na Słowacji – średnio 28-letnie. A poza Europą?

– Byłam niedawno z moją 2-letnią córką na spotkaniu towarzyskim w Nowym Jorku. Okazałam się radykalnie młodym rodzicem – mówi 33-letnia filozofka i socjolożka z Akademii im. Leona Koźmińskiego dr Aleksandra Przegalińska. – Pozostałe, otaczające mnie mamy były średnio 10 lat starsze. W końcu padło pytanie, czy moje dziecko jest wpadką. Oniemiałam, ale uświadomiło mi to, jak daleko zaszły społeczne zmiany. W największych aglomeracjach świata rodzi się późno. Ludzie chcą najpierw „skorzystać z życia”, „dorobić się”. I ta tendencja rozprzestrzenia się. Dawniej dzieci były naturalną konsekwencją bycia razem. Dziś macierzyństwo jest pod naszą kontrolą, począwszy od jego skrupulatnego zaplanowania po zarządzanie tym procesem.

Coraz późniejsze decydowanie się na potomstwo niesie konsekwencje. Społeczne, bo tzw. dzietność naszej populacji wyraźnie spada – w 2013 roku osiągnęła rekordowo niski poziom 1,28 (w 2015 r. –1,33, jednak minimum dla stabilnego rozwoju populacji to 2,1). Również konsekwencje osobiste:

– Niektóre panie zaczynają starać się o dziecko w ich mniemaniu w ostatniej chwili. A po badaniach okazuje się, że ostatnia chwila dawno minęła – mówi ginekolog położnik dr Tomasz Zając ze Szpitala przy ul. Karowej. – Może tak się stać z kilku powodów. Bo wygasa czynność jajników. Przestają być wtedy wrażliwe na stymulację i ciężko o komórkę jajową zdolną do zapłodnienia. Bo pojawiły się mięśniaki, które wykluczają donoszenie ciąży. Bo w śluzówce macicy są polipy, które uniemożliwiają zagnieżdżenie się zarodka. Twarze kobiet są dziś naprawdę piękne, a ciała dłużej młode. Niestety prawda jest taka, że narządy rozrodcze są pierwszym organem w ustroju, który się starzeje. W lustrze tego nie widać! – mówi dr Zając. – I nie pomoże krem przeciwzmarszczkowy. Pacjentki coraz częściej są tym zaskoczone i rozczarowane. Wiele z nich żyje w iluzji przedłużonej płodności. Obserwuję to zjawisko od kilku lat.

Na ziemię sprowadzają nas statystyki. Szansa na zajście w zdrową ciążę przed 25. urodzinami jest 40-procentowa. Po 40. roku życia zaś jej prawdopodobieństwo spada do 5%, a po 42. – do 2%. To dane uśrednione. Wiele kobiet już w wieku 35 lat ma kłopot z poczęciem. A i na zabieg sztucznego zapłodnienia bywa zbyt późno.

Również autorki książki „Nadzieja na nowe życie” wydawnictwa Znak nie próbują słodzić. Piszą otwarcie: „Płodność gatunku mierzy się poprzez odsetek ciąż na cykl – tzw. MFR (monthly fecundity rate), który u ludzi wynosi maksymalnie 34%. Dodatkowo w naszej strefie cywilizacyjnej szacuje się go na 20%”.

Jednak fakty nie są tym, o czym chcemy słuchać najchętniej.

 

Propaganda sukcesu

Nikogo dziś nie szokuje, że Uma Thurman czy Linda Evangelista zachodzą w pierwszą ciążę w piątej dekadzie życia. Celebrytki to modelowy przykład odkładania macierzyństwa na później. Także wzór, za którym podążają tysiące Europejek. I nie ma się czemu dziwić, skoro media tak chętnie podkreślają, jak świetne samopoczucie miewają późne matki i jak doskonałe ciało po ciąży. Problemy? Ależ skąd.

„43-letnia francuska minister Rachida Dati urodziła malutką Zohrę. To niewiarygodne, ale już 5 dni później wróciła w świetnej formie do swych funkcji jako minister sprawiedliwości”. Albo „Halle Berry, okrzyknięta przez magazyn „Esquire” najseksowniejszą kobietą świata, która w 42. roku życia urodziła śliczną Nahlę, świetnie odnajduje się w roli super mamy, zachowując przy tym swą nieziemską figurę!”

– Pochłaniałam takie newsy i myślałam sobie z czym tu się spieszyć? Ja też mogę być taką Wenus – mówi Agnieszka. – Nie przypuszczałam nawet, że zostanę Wenus bez rezerwy.

– Miałam 36 lat, gdy obiło mi się o uszy, że jeśli nie poznałaś właściwego partnera, a zegar biologiczny tyka, możesz zamrozić jajeczka. Na czas, w którym ten jedyny będzie już wybrany, a przydatki odmówią współpracy. Odmrozisz wtedy swoje komórki i będą, jak znalazł – wspomina Anna. – Nawet się wtedy nad tym nie zastanowiłam. Miałam przed oczami gwiazdy z brzuchami w wieku 45 lat. Gdybym wiedziała, że połowa z nich adoptowała cudze komórki jajowe, pewnie czym prędzej zdeponowałabym swoje, póki młode. Ale nie wiedziałam.

Dwa lata temu świat obiegła wieść, że 65-letnia Niemka Annegret Raunigk oczekuje czworaczków, a zdążyła już wychować trzynaścioro dzieci. Ale nagłówki gazet nie informowały, że ciąża powstała z adoptowanych komórek młodej kobiety. Żeby się tego dowiedzieć, musieliśmy wczytać się w treść artykułu.

– Żyjemy w kulturze, która lansuje wieczną młodość, a na rynku in vitro buduje się tak pozytywny PR wokół płodności, że nawet te świetnie wykształcone i świadome siebie kobiety przegapiają granicę – mówi psycholog Joanna Drosio-Czaplińska z Centrum Rozwoju Psychologicznego Nasza Strefa przy al. Niepodległości w Warszawie, która sama zmagała się z problemem niepłodności. – Media rozpływają się na temat cudu późnego macierzyństwa. Jednak gdyby było one normą, te wszystkie matki koło 50-tki nie trafiałyby na czołówki gazet. Trafiają tam, bo są wyjątkiem.

Ale my często nie chcemy w to wierzyć. Wiele kobiet woli żyć w poczuciu, że ma na wszystko wpływ. Omnipotentne podejście do rzeczywistości pozwala nam nie czuć bólu. Bo cierpienie nie jest dziś w cenie: – Współczesny człowiek często woli uciec w iluzje własnej wszechmocy niż zmierzyć się z upływem czasu czy doświadczyć ograniczeń – mówi psycholog i trener uważności Tomasz Zalas.

Chcemy wydłużać nasze życia, w nieskończoność odmładzać ciała i poprawiać płodność. Bo płodność jest w naszej kulturze symbolem młodości. Powodem jest lęk przed śmiercią, a konsekwencją… współczesne ruchy filozoficzne, jak np. transhumanizm. Postuluje użycie techniki i takich nauk, jak neurotechnologia, biotechnologia i nanotechnologia, do przezwyciężenia ludzkich ograniczeń, a w przyszłości do osiągnięcia nieśmiertelności. A przeżywająca swój szybki rozwój medycyna płodności doskonale wpisuje się w ten trend.

 

W obłędzie starań

Z biologicznego punktu widzenia najlepszy wiek do rodzenia to 18-20 lat. Finansowo i społecznie jesteśmy dziś do niego gotowe dopiero w wieku lat 35-40.

– To poważny rozdźwięk. I musi się w nim odnaleźć każda kobieta, chcąca zostać dziś matką. Złożyć w jedno te puzzle. A to niełatwe zadanie – mówi psycholog z Uniwersytetu Społecznohumanistycznego SWPS dr Joanna Kwaśniewska, współautorka ciepłego poradnika „Nadzieja na nowe życie”. – Rzadko odsuwamy macierzyństwo w czasie z pobudek egoistycznych, choć starsze pokolenia potrafią nam to zarzucać. Chcemy mieć najpierw dobra pracę, zapewnić sobie i przyszłemu dziecku wygodę, bezpieczeństwo, o które dziś przecież trudno. A przede wszystkim chcemy wybrać świadomie odpowiedniego partnera do związku, z którego mogłybyśmy czerpać satysfakcję. A to pochłania czas. Trudno się dziwić, że wolimy nie widzieć prawdy o płodności malejącej z wiekiem. Mamy potrzebę nadziei, upiększania życia. Widzenia go w radośniejszych barwach. Karmimy się złudzeniami, bo czasem okazują się tym, co pozwala nam żyć. Nie oceniajmy się surowo.

Z badań Światowej Organizacji Zdrowia WHO wynika, że aż co 5. pacjentka korzystająca z technik wspomaganego rozrodu ma myśli samobójcze i zaledwie co 4. para odczuwa poprawę we wzajemnych relacjach. Pozostałe… przeżywają zazwyczaj poważny miłosny kryzys.

– W większości klinik niepłodności lekarze się nie patyczkują. Mówią wprost, gdy szanse na dziecko masz małe i nie bawią się w piękne słówka, bo w korytarzu czeka kolejka pacjentów. Kiedy przechodziłam in vitro, mówiłam na nich operatorzy moich jajników – wspomina Agnieszka. – Medyczny, bezosobowy język, liczbowe oznaczenia hormonów, parametry spermy, procentowe szanse na bejbi i mój PESEL. A gdzie ja, gdzie mój mąż? Gdzie nasze poczęcie i nadzieja na dzielenie miłości z małą istotą? Nauczyłam się, że do kliniki nie przychodzę po uczucia i poezję, ale procedurę.

Zdaniem psycholog Joanny Drosio-Czaplińskiej, w każde starania o dziecko metodą sztucznego zapłodnienia powinna być wpisana psychoterapia.

– Pomoc jest niezbędna. Bo często zamrażamy nasze życie, w całości podporządkowując je idei ciąży – potwierdza psycholog Violetta Nowacka z przychodni SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. – Wszystkie pieniądze wydajemy na in vitro, odżywiamy się restrykcyjnie, nawet pozycje seksualne dobieramy pod zapłodnienie. Tymczasem, żeby być szczęśliwym, warto szczęścia aktywnie szukać w życiu, a nie tylko w perspektywie rodzicielstwa. Odnajdywać w nim przyjemność i wykuwać z niego cudowny spokój. W takim stanie ducha łatwiej o ciążę, ale też przestaje być ona wtedy przedmiotem naszej zajadłej walki.

Niestety niewielki odsetek dojrzałych par, starających się o dziecko prosi i pomoc terapeutę. Zdarza się, że czas płynie nieubłaganie, a nasza frustracja z powodu braku ciążowego brzucha rośnie. I im dalej w las, tym większą cenę jesteśmy w stanie zapłacić za własne dziecko.

Wiele kobiet powtarza zabiegi in vitro po 8, 10 razy, nie licząc się z wysokimi dawkami hormonów, które w perspektywie mogą zaszkodzić zdrowiu. Zdarza się też, że panie próbują latami, aż w końcu decydują się na adopcję jajeczek w wieku, w którym pod znakiem zapytania stoi, czy dożyją pełnoletności swych pociech.

– Mięśniaki sprawiały, że nie mogłam donosić ciąży. Wyjściem, które mi zaproponowano, to wywołanie sztucznie hormonami stanu menopauzy, w którym mięśniaki zniknęłyby i wtedy można byłoby przeprowadzić sztuczne zapłodnienie – mówi 46-letnia Ela, dziennikarka. – Kiedy zdałam sobie sprawę jak bardzo inwazyjne to zabiegi, pomyślałam „stop”! I poczułam całą sobą, że nie będę się szarpać, narażać zdrowia, ciała. Zgodziłam się na to ile mam lat. Przepłakałam to. Adoptowaliśmy chłopczyka. Jednak wiele kobiet w podobnej sytuacji idzie w przeciwną stronę. Eksploatują zdrowie i psychikę w imię ślepego celu, jakim jest ciąża. Za wszelką cenę. Nie potrafią się zatrzymać. Nie potrafią zestarzeć. Bo brak im wzorców dobrego starzenia. Lansuje się wieczny wigor i gładką skórę. A przecież niezależnie od tego, jak bardzo ją napniemy, ona …i tak opadnie.

 

Quo Vadis, Mater?

„Koszt urodzenia własnego potomstwa staje się coraz wyższy. Rodzimy w coraz starszym wieku już nawet nie dzieci, ale własne wnuki” twierdzi światowej sławy brytyjski socjolog prof. Anthony Giddens. Co więc czeka nas w przyszłości?

– Jestem prawie pewna, że nastąpi jakaś korekta takiego stanu rzeczy. Być może wzrośnie liczba błędnych procedur i kobiety się przestraszą. Być może będzie to coś innego, ale życie pewnie zweryfikuje modę na późne macierzyństwo, bo grozi ona wyludnieniem – uważa socjolożka i filozofka dr Aleksandra Przegalińska. – Być może też rozprzestrzeni się trend, który już dziś widoczny jest np. we Francji, ale też w krajach o aspiracjach imperialistycznych, w których im bogatsza rodzina, tym młodsza matka i tym więcej dzieci. Niewykluczone też, że polityki państw zmienią się tak, by wspierać wczesne macierzyństwo. Tak, jak to jest np. w Izraelu, gdzie za każde kolejne dziecko rodzina otrzymuje pieniądze. I gdzie infrastruktura miast rozwija się tak, by kobieta z wózkiem czuła się luksusowo.

Zdaniem ginekologa dr Tomasza Zająca, niezbędne są kampanie społeczne, zachęcające do wczesnego macierzyństwa: – Namawiam zawsze kolegów ginekologów, by prowadzili w swoich gabinetach akcję „Rodzić jak najwcześniej”, którą ja sam na własną rękę popularyzuję wśród moich pacjentek. Rozmawiam z młodymi kobietami, ale też namawiam panie w wieku okołomenopauzalnym, by zachęcały córki do wcześniejszego macierzyństwa ­– mówi. – Mam zawsze garść argumentów. Jeśli urodzisz w wieku 23 lat, nie będziesz musiała przerywać kariery. Gdy dziecko pójdzie do żłobka lub przedszkola, ty zaczniesz pracę, a twój przełożony długoterminowo ci zaufa, bo nie będzie obawiał się twoich urlopów macierzyńskich. Twoje dzieci będą miały młodych dziadków, którzy być może pomogą ci w wychowaniu maluchów. A jeśli będziesz zwlekać do 40. roku życia, wtedy już nie tylko niemowlak będzie potrzebował twojej opieki, ale i twoi rodzice.

Wykreowanie mody na wczesne macierzyństwo jest przed nami. Będzie wymagać też wsparcia państwa. Dla tych, którzy rodzą do trzydziestki, przydałoby się choćby większe becikowe. Może też coś na zachętę dla młodych babć? Jak twierdzi dr Aleksandra Przegalińska, niezależnie od wieku matek w przyszłości, postęp medycyny i tak zrobi swoje:

– Zabawmy się w futurologów. Pojawi się na rynku nowy zawód – designer dziecka. Osoba, która na nasze życzenie dobierze geny dla naszego maleństwa. To już się dzieje. Kilkanaście miesięcy temu np. świat obiegła wieść, że urodziło się dziecko nie dwójki, ale… trójki rodziców. Jego geny pochodzą od dwóch matek i jednego ojca – opowiada. – Będziemy decydować się na macierzyństwo wcześniej, jednak już w nie tak dalekiej przyszłości hodowla zarodków przeniesie się poza organizm matki. Doświadczenie ciąży przejdzie do więc historii. Nasze dziecko będzie spokojnie wzrastać w laboratorium, a my w tym czasie z płaskim brzuchem będziemy leżeć na plaży lub siedzieć w biurze.

Pytanie tylko, czy macierzyństwo stanie się dzięki temu lepsze i łatwiejsze? Czy będziemy bardziej spełnione? A nasze dzieci… czy będą kochane?

 

Nie pierwsi do rozmnażania
Człowiek w porównaniu z innymi gatunkami nie jest zbyt płodny. Mamy wiele nieprawidłowości w gonadach, komórkach jajowych i plemnikach, które odpowiadają aż za 65% defektów genetycznych, uniemożliwiających samo zapłodnienie albo donoszenie ciąży. Po powstaniu zarodka w macicach Polek zagnieżdża się mniej niż jedna trzecia spośród nich. Również jeśli chodzi o poronienia u naszego gatunku jest ich więcej niż u pozostałych ssaków. Przed upływem 20. tygodnia ciąży roni co czwarta ciężarna. Poronienie wynika z niedoskonałości natury i nie oznacza, że z nami coś nie tak.

 

Matka rekordzistka Światowa rekordzistka została mamą w wieku 67 lat: „Maria del Carmen Bousada de Lara z Hiszpanii urodziła bliźniaki dzięki zapłodnieniu in vitro w Stanach Zjednoczonych, utrzymując, że jest 12 lat młodsza. Gdyby klinika znała prawdę, nie zakwalifikowałaby jej do zabiegu.

 

Kiedy zachodzić? Jeżeli weźmiemy pod uwagę najważniejsze czynniki dotyczące kobiety i dziecka, optymalny wiek do zachodzenia w ciążę to 34 lata – obliczył prof. John Mirowsky, socjolog z University of Texas w Austin. Z kolei prof. Angelo Alonzo z Yale University twierdzi, że po przekroczeniu 35. roku życia kobiety nie powinny zostawać matkami, bo niekorzystnie odbija się to na ich zdrowiu.

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Zwierciadło”